środa, 4 listopada 2009

Obama po roku - where is the change?


video

I co? I nic. 

wtorek, 27 października 2009

Ministerstwo ds wizerunku




Polsce nie jest potrzebna żadna kampania wizerunkowa. Polska nie potrzebuje więcej publicity niż ma. Polska nie potrzebuje żadnej marki, ani również spójnej długoterminowej strategii pisanej przez expatów.

To czego tak naprawdę potrzebujemy to nowego super ministerstwa – Ministerstwa ds Wizerunku.
Minister ds wizerunku byłby trzecią osobą w państwie po resortach siłowych i ministrze finansów.

Gdy on zabierze głos – wszyscy przerwą dyskusję i z uwagą będą słuchać.
Afganistan? Jak się zachować? Wyjść? Zostać? Czy też nic nie robić? Jak wpłynie to na postrzeganie marki narodowej?

Minister nie tylko troszczyłby się tylko o wizerunek Polski i jej brand equity ale również służył poradą, konsultacją i zarządzałby zasobnością marki premiera oraz poszczególnych ministrów.

W nowy ministerstwie znalazłby się departamanet moniturujący poziom, polaryzację i sentyment komunikacji na portalach społecznościowych oraz blogach. Wszystkie frazy w których padała by nazwa Polska, polska, polsza, polen, poland oraz wszystko co jest związane z tym krajem byłoby zauważone, zważone, zmierzone i zanalizowane.
Tygodniowe raporty trafiałyby na biurko Ministerstwa razem z przeglądem prasowym.

Pierwszą akcję jaką podjąłby nowy minister byłoby zlokalizowanie najbardziej wpływowych i obiecujących blogerów w kluczowych dla interesów kraju obszarach geograficznych i kulturowych. Tak zacząłby się długoterminowy i oddolny seeding, wykorzystujący izraelskie doświadczenia.

W pierwszej fazie ministerstwo skupiłoby się tylko na komunikacji wewnętrznej. Ale w momencie, gdy tylko jedyny słuszny kandydat wygra wybory to minister z pewnością zajmie się promocją marki narodowej. Ale to nawet nie będzie potrzebne, bo wizerunek Polski ma szansę zmienić się w jedną noc. Noc wyborczą.

Postulat Simona Anholta z przed kilku lat został spełniony w Polsce. Mam wrażenie, że tak naprawdę od dwóch lat to jedyne ministerstwo, które w tym kraju działa. To niewytłumaczalny cud, zważywszy na to, że oficjalnie nie zostało nawet powołane.

I już bez żadnej puenty i kontekstu słynna kampania z 1984 (!) Wendy’s - Where's the beef.

video

piątek, 16 października 2009

Bono czyli człowiek wielowymiarowy





Moment w którym po raz pierwszy usłyszałem „Joshua Tree“, to była chwila kiedy zaczęła się moja świadoma przygoda z muzyką. Muzyczne narodzenie. I mimo, że w tej muzycznej podróży było wiele korytarzy i pokojów, to U2 ma w niej swoje największe i niezastąpione miejsce. Gdy patrzę na nich to wiem jedno, świetnie się ze sobą czują i bawią. Gdyby tak nie było, nie byliby ze sobą tak długo.

Przy ich muzyce dojrzewałem. Dorastałem. Tak jak oni przeżywałem swoje wzloty i upadki. Swoją osobistą historię mogę odmierzać ich płytami. Tak jak historię świata.

Gdy brałem ślub, to oczywiście nie przy Mendelshonie, a przy dźwiękach „Where the street have no name“.
Uwielbiam Bono. Świetnie wyczuwa ducha czasu.

Kim on jest? Jak go opiszecie? Czy jest muzykiem? Zaangażowanym aktywistą? Sprytnym biznesmen? Chcącym zbawić świat filantropem?
W każdej z tych ról czuje się świetnie i dobrze sobie radzi. Niewiadomo, gdzie kończy się jedna a zaczyna następna. Bono przebył długą drogę. Bardzo się zmienił i wiele zrozumiał.

Bono podczas koncertu Live Aid w 1983, zeskakujący ze sceny aby nawiązać kontakt z publicznością. Potem, gdy był w Etiopii z rozdzielając zebraną pomoc powiedział jedną fajną rzecz – dostaliśmy od tych biednych ludzi, więcej niż byliśmy im w stanie dać.

Bono łączący się z oblężonym Sarajewem na koncertach w 94. Gdy cała bezsilna Europa patrzyła spokojnie jak nadchodzą barbarzyńcy. I wreszcie Bono organizujący masowe wiece i demonstracje podczas szczytu G8 w Edynburgu w 2005 pod hasłem End Poverty.

Bono jest świetnym przykładem, dlaczego marki stają się (bo muszą i nie mają wyjścia) wielowymiarowe. To już nie jest kwestia różnych kanałów i narzędzi komunikacji – to oczywiste, ale przyczyna leżą dużą głębiej.

Model człowieka ograniczonego/ zredukuwanego tylko do jednej funkcji (konsument/ pracownik/ rola społęczna) to przeżytek i jakaś zbrodnia na rodzaju ludzkim. Kapitalizm redukujący człowieka tylko do jednostki opętanej żadzą zysku dogorywa na naszych oczach. Zmierzamy do starego renesansowego ideału pełni człowieczeństwa - człowieka wielowymiarowego w pełni realizującego swój potencjał. Dziś jak nigdy dotąd przedtem mamy ku temu potrzebne narzędzia.

Żyjemy w różnych nachodzących uzupełanijących się, wykluczających się kontekstach. Każdy z nich to inne doświadczenia i treści.

Marki, które to już zrozumiały i tak traktują swoich konsumentów mają szansę na fajny wielowątkowy dialog. Na konwersację, która coś znaczy i czegoś dotyka. To konsekwencja realizacji postulatu humanizacji marki. Emocjonalnej komunikacji.

To min. dlatego konsumpcjonizm i kapitalizm jest w ślepej uliczce i nie za bardzo wie, czy pociągnąć za hamulec czy szukać w ostatnim momencie skrętu w lewo lub prawo.






video

czwartek, 15 października 2009

2253

To nie jest kierunkowy do Gujany Francuskiej. To nie jest też wysokość przeciętnego wynagrodzenia. To nie jest też numer na bankową infolinię. 

To liczba pobrań mojej książki – zniszcz konwencję. Pobrań, które są rejestrowane. Nie licząc oczywiście tych, na które nie mam żadnego wpływu. Można przyjąć, że kontakt z nią miało jakieś 5 tysięcy osób. 5 tysięcy to niezła gromadka. Ostatni warszawski maraton ukończyło przecież 3164 osoby.

Dlaczego ją napisałem?

Czułem, że muszę to zrobić. Nie mogłem inaczej. W ramach higieny psychicznej. Bo wkurzałem się na tępych, bezmyślnych, krótkowzrocznych, ograniczonych i jednowymiarowych brand managerów.

Dlaczego powiesiłem ją w sieci i to za darmo? Bo to jest w nią wpisane. Po drugie wkurzyłem się na bezmyślnych, tępych i leniwych wydawców. Po trzecie chciałem zobaczyć efekt śnieżnej kuli i dać się jej porwać. Dokąd mnie to zaprowadzi?

Co mi dała? Największą jej zaletą było to, że w tym cynicznym i interesownym świecie pozwoliła mi poznać dobrych i wartościowych ludzi. Ludzi, którzy stali się jej fanami i nieśli ją dalej.

Gdyby nie ta książka, nie zyskałbym sympatii i wsparcia kilku ważnych dla mnie osób. Dziś są moimi bliskimi znajomymi. 

Ale co najważniejsze i co najbardziej mnie cieszy, to to, że dziś w kontekście kryzysowym ta książka jest bardziej aktualna niż kiedykolwiek wcześniej.

Bo chodzi o wartości i wartość. W wielowymairowym świecie, marki muszą takie być. Muszą być o czymś więcej. Mieć coś istotnego do powiedzenia. Marki nie mogą już być tylko logo.

A tak już na koniec, marki, które powstały zgodnie z założeniami „zniszcz konwencje“ radzą sobie świetnie, wnoszą istotną zmianę i dotykają ważnych kwestii. I to cieszy mnie najbardziej. 

niedziela, 11 października 2009

5, 10, 15, 21, 42 k



Odkąd pamiętam biegam. Trochę na przekór sobie. W szkole biegi to była mordęga. Najbardziej znienawidzona aktywność. Nie czułem jej. Nie lubiłem. I chyba dlatego postanowiłem to przełamać. Trochę trwało, zanim bieganie pokochałem, ale było warto.

Ta lekkość, gdy zostawiasz za sobą wszystkie ciężary i bez niczego (bo prawie jesteś nagi jak idziesz biegać). Nie masz telefonu, kluczy, samochodu, nie ciągniesz za sobą tego całego majdanu, który tylko utrudnia wędrowanie.
Co najwyżej buty.

Mijasz innych. Machinalnie podnosisz rękę i pozdrawiasz biegacza z naprzeciwka. To brat w cierpieniu. Wie dobrze o czym myślisz.
To pozdrawianie biegaczy tak mi weszło w krew, że robię to automatycznie nawet siedząc za kierownicą.

Czas dla siebie. Mózg zajmuje się czymś innym i właśnie teraz najlepiej jest mu połączyć różne rzeczy, fakty, zdarzenia. Wpaść na fajne pomysły.

Zostawiasz za sobą cały dzień. Prezentacje. Spotkania z klientami. Pisanie. Telefon. Nie ma nic. Jeszcze jeden krok. Do tego zakrętu. Do końca ulicy. Do skrzyżowania. Do lasu. Do następneje alejki. Wyznaczanie sobie małych celów. Bo małe prowadzą do dużych. Lekcje wytrzymałości. Pokonywania bólu.

W zimie olśniewająca jasność nocą, gdy biega się na polach w okolicy Kabat. Wbieganie na Cwila, by wsłuchać się w nocny oddech miasta. I paciorki rozżażonych punkcików, światełek u twoich stóp.

Zmęczenie, ale innego rodzaju. Poczucie, że ma się ciało. Własnej cielesności i przemijalności. 10 lat temu ten odcinek, pokonałbym szybciej.

I jest też coś z czym mam coraz większy problem.
Po ty jak przebiegłem maraton, bieganie przychodzi mi coraz ciężej. Czy ktoś wie, jak to pokonać?



video

niedziela, 4 października 2009

Rok kryzysu przegrani



Po liście wygranych czas na ofiary kryzysu. I tu smutny namysł. W sumie, w jakiś sposób, przegraliśmy go wszyscy. Zasada prywatyzowania zysków i uspołeczniania strat stała się obowiązującym modelem. Państwo, mimo początkowej siły, już wycofuje się na z góry upatrzone pozycje. Goldamanita Geithner mówi, że Państwo powoli przestaje ingerować...Banki zasilone publiczną kasą, znowu gonią za zyskiem używając skomplikowanych derywatów i mega niebezepiecznych lewarów, i ani myślą o zasilaniu ekonomii otrzymaną w prezencie kasą. A więc tak na prawdę, prawdziwy kryzys dopiero przed nami. U nas w radosny sposób wszyscy cieszą się z dużego wzrotu PKB (i nikt nie zauważa jakoś spadku z 5 - 6 % na 1% uważając to za wielki sukces, tak samo jak taktownie przemilczano niebezpieczie rosnący deficyt)

Społeczeństwo – Hobbes byłby dumny, to cofnięcie się do stanu natury. Lewiatan w czystej postaci. Walka każdego z każdym. I do tego bezczynne państwo, które tylko się temu przygląda. Jeśli nie jesteś z Wall Street, to gdy tobie powinie się noga, to możesz liczyć tylko na siebie. Żadnego bailout’u.

Neoliberalizm – jeśli ktoś z was wierzy jeszcze w niewidzialną rękę rynku i w to że rynek ma zawsze rację, w to, że wszystkie informacje są już w cenie, że rynek sam się reguluje i te frazesy o tym, że rynek ma zawsze rację - to ostatni rok pokazał jak bardzo się mylił. I jego guru w postaci Greenspana, Krugmana, a na naszym podwórku kolegi Balcerowicza. Mylili się wszyscy. I to bardzo. Dziadek Greenspan tylko w jednym miał trafną intuicję – w wyborze tytułu na swoją biografię - ERA ZAWIROWAŃ, która pojawiała się właśnie na rynku jesienią 08, gdy finansowe tsunami zaczęło atakować.

Obama – tak, to smutna prawda, ale Obama ten kryzys przegrał. Mimo, że prezydentem został właśnie dzięki kryzysowi i tylko dzięki niemu. Szybko odtrąbił jego koniec, namaścił Bena na drugą kadencję puszczającego w ruch prasę drukarską. Ale czas odpłaty przyjdzie. On zawsze przychodzi. Prawdopodobnie, za chwilę polegnie na reformie zdrowia.

Ten rok dobrze pokazał, że nadzieja na zmiany, jeśli ktokolwiek ją miał, jest tak naprawdę sprytnym zabiegiem ( i ostatnią nadzieją) elit na zachowanie starego porządku a kto, jak kto ale Obama jest tylko zakładnikiem finansowych elit i Wall Street. Pacynką w ich rękach. Na naszym podwórku analogicznie na kryzysie stracił i nie wykorzystał go Tusk (mimo, że krótkowzrocznie cieszy się z tego, że go wygrał). Nie zrobił nic, by pobudzić popyt wewnętrzny. Nie obniżył podatku VAT (tak jak zrobili to Brytyjczycy), nie wykreował żadnego impulsu wzrostowego. Zagrał na przeczekanie jadąc na plecach Niemców i ledwo dyszącej Europy. Ale takie free ride prędzej czy póżniej się skończy, gdy ktoś zawoła sprawdzam.

Szwajcaria – koniec tajemnicy bankowej i nietykalności zagranicznych kont. Coś się skończyło. Do tego szwajcarskie banki UBS, Credit Suisse w grze w gorącego kartofla, nieżle umoczyły. Nie wspominając już o branży zegarmistrzowskiej. (przypadkową ofiarą amerykańskich nacisków na raje podatkowe jest nasz podwójnie najsłynniejszy filmowiec Polański, po podpisaniu umowy o ekstradycję między Szwajcarią a USA).
Toyota – Japończycy mają kłopoty i będą je mieli coraz większe.

Ostentacyjna konsumpcja – nastąpiła jakaś powolna zmiana. Konsumpcja jest coraz bardziej passe i nie jest już cool ani hip. Tu już nie chodzi nawet o to co kupić, tylko czy w ogóle coś kupować.

Tradycyjne media – czy ktoś z was ogląda jeszcze telewizje? Czyta gazety? Chyba, że w internecie.

Męski punkt widzenia – rywalizacyjne pełne testosteronu podejście oparte na konfrontacji, walce i rywalizacji.
W tak skomplikowanym świecie sieci połączeń i współzależności to raczej współdziałanie jest szansą na sukces. Podejście zero jedynkowe, gdzie wygrywa tylko jedna strona to przeszłość i droga donikąd.

Na sam koniec największy przegrany kryzysu – EUROPA. To najsmutniejsze. Zasada solidarności, (to chyba na tym ufundowana jest UE?) nie działa w przypadku krajów z nowej Europy, leżących na peryferiach. Łotwa na skraju bankructwa. Węgry w turbulencji. Czy ktoś im pomógł? Europa z ulgą umyła ręce, gdy tylko z pomocą pospieszył im Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Sparaliżowana strachem Europa odetchnęła z ulgą, stwierdzając, że te nie kraje nie potrzebują już pomocy. EBC może teraz zachować kasę na ratowanie Niemiec lub Francji, gdy tylko zajdzie taka potrzeba. A za momencik, już za chwileczkę w tak porażającym tempie wzrostu deficytu i bezmyślnego dryfowania to samo spotka też nas. Ale o tym cicho sza ;)

To koniec Wspólnej Europy. Ta idee jest martwa. Tak jak cała Unia. Za chwilę, gdy dla każdego jest oczywiste, że siła polityczna Europy jest już równa zeru, powietrze zejdzie też z wspólnej waluty -EURO. Do tego geopolityka zmienia się na niewyobrażalną skalę. I nie sprzyja nam, jak nigdy dotąd, ale kto by się zajmował takimi drobiazgami (Niemcy, Rosja,
wycofanie się Obamy z tarczy, plus zawirowania z Iranem w tle).

Czy o czymś jeszcze zapomniałem? Czy coś pominąłem? Lista jest oczywiście otwarta i jak najbardziej subiektywna.

czwartek, 1 października 2009

zmierzch brand managera



Tempo zmian jest ogromne. Typowa reklama powoli odchodzi do muzeum. A z nią zmienia się znacznie nie tylko marek ale i funkcja zarządzających nią osób.

W cyfrowym przewrocie „władza“ nareszcie przechodzi w ręce mas, elity stają się wystawione na obstrzał i obserwację, a zwykły laptop z dostępem do sieci staje się marksowskim narzędziem produkcji.

To już się stało...marki, które tego nie zrozumieją trafią na śmietnik historii szybciej niż się tego można spodziewać.
Stare dobre czasy – jednokierunkowej bezwrotnej tuby i bombardowania konsumentów spotami/ komunikatami jak Luftwaffe bezpowrotnie minęły.

Kim w takim razie powinien być brand manager?

Powinien być kimś na wzór oficera kulturalnego zwracającego uwagę na ważne społecznie tematy i starającym się wpisać w nie swoją markę. Kogoś, kto tworzy przestrzeń do dyskusji, raczej bacznie nasłuchuje i podchwytuje tematy niż je narzuca. Oczywiście najlepiej by był wizjonerem, ale bądźmy realistami tacy nie urodzą się na Rakowieckiej.

A więc typowy brand managerze jeśli myślisz, że marka należy tylko do ciebie to się mylisz. Ona nie należy już nawet do udziałowców i właścicieli ale jest dobrem wszystkich, całego otoczenia, wszystkich konsumentów – niczym w kościele rzymskokatolickim, gdzie „mistyczne ciało kościoła“ jest ciałem wszystkich wierzących, gdzie to wszyscy wierzący tworzą „symboliczny“ kościół.

Brand managerami stają się konsumenci, potężniejsi niż kiedykolwiek, którzy jednym kliknięciem mogą zrobić z twoją marką co im się tylko podoba.

Wszystkim typowym brand managerom zalecam w ramach umysłowego przebudzenia częstsze wizyty w publicznych bibliotekach, galeriach i muzeach, zamiast uczestniczenia w nudnych branżowych konferencjach czy czytaniu Koetlera.

A tym wszystkim świadomym i i już oświeconym managerom dedykuję piosenkę Patti Smith z 1988 „People have the power“.