piątek, 5 lutego 2010
Hyundai z Super Bowl
Na początek ciąg dalszy słynnego programu Assurance
Coś o Sonacie
trochę jak stary dobry Saturn
i na koniec noworoczne postanowienia
Ford i social media czyli Powrót Króla
Wyobraż sobie, że jesteś marketerem i twoim zadaniem jest wprowadzenie na rynek amerykański małego samochodu.
Na rynek, który ma obsesje wielkości – bo przeiecież Ameryka to wielkie obszary, wielkie przestrzenie, wielkie samochody.
Tym modelem jest Fiesta, która w Europie jest mała ale w amerykańskim kontekście staje się wręcz miniaturowa. Jak wprowadzić mały model na rynek, gdzie z definicji tylko duże jest cool? Jak przełamać stereotypy? Zmienić postawę i nastawienie.
Co byś zrobił?
Kampania ATL i tradycyjna reklama?
Nie za bardzo.
Siła osobistej rekomendacji? Polecanie przez znajomych? Ciepło, ciepło. A może wykorzystać social media? Gorąco! Ale jak?
Dobrzez już wystarczy.
Ford wybrał 100 agentów, ludzi w wieku 20 – 30 lat, których łączyło jedno. Wybrane osoby miały szeroki krąg znajomych i były aktywne w mediach społecznościowych. Miały konto na Facebooku, twittowały, umieszczały zdjęcia na flickr i własne materiały na YouTube. Dobrze się w nich czuły i dobrze rozumiały ich działanie. . Byli wyśmienitymi trust agents. Znaczącymi i budzącymi zaufanie.
Ford podarował każdemu z nich po samochodzie. Na 6 miesięcy. A co w zamian?
Niewiele. Co miesiąc każdy z agentów dostawał do wypełnienie jedną misję do spełnienia. Jedyne co każdy wybraniec musiał zrobić to udokumentować jej wypełnienie na swoim blogu, twitterze albo YT. Zostawić swój ślad.
Efekt przerósł oczekiwania marketerów. Fiesta miała ponad 8 milion odsłon na YT, i 50 tysięcy zapytań o informację. Ford sprzedał 10.000 modeli w pierwsze 6 dni sprzedaży.
Dlaczego odniósł sukces?
- zaangażował kreatywnych konsumentów w tworzenie treści
- zachęcił ich do dzielenia się nią w sieci
Relacja była zwrotna i fair. Marka i jej agenci zarówno dawali jak i otrzymywali. Ford wyszedł do konsmentów i poprosił ich o pomoc w promocji produktu.
Druga odsłona akcji zaczyna się za trzy dni. Możecie się jeszcze zgłosić na
http://fiestamovement.com/
W poniedziałek Ford ogłosił rewelacyjne wyniki finansowe. W samym styczniu sprzedaż wzrosła o 25% a udział w rynku o 2%.
Ford odzyskał momentum i zyskał niesamowite przyspieszenie. Im większe kłopoty z pedałem gazu i przyspieszenien ma Toyota tym lepiej sobie radzi marka z Detroit.
Rok temu było zupełnie inaczej.
Gdy Detroit leżało na deskach znokautowane wysokimi cenami ropy i szalejącym kryzysem tylko Ford nie przyjął rządowej pomocy. Zrobił to rozmyślnie. Konsumenci to docenili. Gdy latem 2009 administracja Obamy uruchomiła kopie europejskich programów pomocowych – kasa za gruchoty to właśnie Ford był najchętniej wybieraną amerykańską marką.
Poniżej świetny film o Fordzie.
sobota, 30 stycznia 2010
Randy Pausch i ostatni wykład
Jego ostatni wykład obejrzało w internecie ponad 10 milionów ludzi. Z dnia na dzień stał się sławny. Gościł w największych stacjach telewizyjnych. Stał się tematem codziennych rozmów. Może o nim słyszeliście. To profesor Randy Pausch. Niezwykła osobowość. Pasjonujące życie. Ameryka oszalała na jego punkcie. Ale też nikt ostatnio, tak wyraźnie i donośnie nie powtórzył prostych życiowych prawd...Poznajmy go bliżej.
6 miesięcy życia
Wyobraź sobie, że jesteś u lekarza i po rutynowych badaniach słyszysz, że zostało Ci jakieś 6 miesięcy życia. Co byś wtedy zrobił? Randy Pausch przygotował swój pożegnalny wykład. To 90 minutowa opowieść o życiu, miłości i nadzieji. To niesamowity wykład – pożegananie i jednocześnie afirmacja życia. Ktoś umieścił go na You Tube i tak przesłanie profesora bardzo szybko dotrało do milionów ludzi.
Kiedyś Lance Armstrong powiedział, że rak jest najlepszą rzeczą, która go spotkała w życiu. Gdyby nie nowotwór nigdy nie wygrałby Tour de France pięć razy z rzędu.
Więc, jeśli spotyka Cię coś złego, coś czego nie potrafisz jeszcze zrozumieć, wstrzymaj się. Weź głębszy oddech. Może właśnie zaczyna się najbardziej fascynująca przygoda Twojego życia. A mur, który Cię otacza, jak mówił Randy Pausch jest tylko po to, byś udowodnił jak bardzo Ci zależy na jego przeskoczeniu. Mur nie oddziela Cię i nie trzyma na zewnątrz. Mur to tylko próba. Selekcja, tych którzy nie pragną czegoś wystarczająco mocno. Gdy będziesz już po jego drugiej stronie na pewno to zrozumiesz.
Pausch był niezwykłym profesorem. Specjalistą od fizyki. Takiego nauczyciela możesz spotkać tylko raz w życiu. Oczywiście, jeśli masz szczęście. Był uwielbiany przez swoich studentów. Zachęcał ich do odwagi i ryzyka. Stworzył dla nich specjalną nagrodę – najwspanialszej porażki. Nic dziwnego, że na jego zajęcia przeznaczone dla 50 studentów przychodziło ponad 100 osób. Znajomych, kolegów a nawet rodziców studentów.
Oglądając jego wykład trudno zgadnąć, że jest to mowa człowieka, którt żegna się z życiem. Był w świetnej kondycji. Podczas wykładu robił pompki czym rozbawił publiczność do łez. Nie użalał się nad sobą, swój czas wykorzystał na to, aby inni pozbyli się lęku, obaw i znów zastanowili się – po co tu jestem?
Pausch wiele zawdzięczał rodzicom, o których często wspomina.
Gdy był mały, poprosił ich, by pozwolili mu namalować w pokoju jego marzenia. Zgodzili się. Te rysunki wciąż tam są. Dziś wielu amerykańskich rodziców, poruszonych tym przykładem nie ma nic przeciwko maluchom malującym swoje ściany. Robi to ze względu na pamięć Pauscha, tak jak sam o to prosił w swoim wykładzie.
Wydał książkę „Ostatni Wykład“, która szybko trafiła na listy bestsellerów. Zainspirowani studenci w szkołach całego kraju zaczeli robić przedstawienia oparte na jego mowie. Hollywood już kręci film oparty na jego życiu. Jego wpływ na otoczenie jest ogromny. Po obejrzeniu jego wykładu rodzice zaczynali po raz pierwszy rozmawiać z swoimi dziećmi o tym, co najważniejsze. Samobójcy zmieniali swoje plany. Chorzy na depresję, odzyskiwali chęć do życia. A wszyscy, ale to wszyscy zaczynali doceniać to co mają. Swoje małe, wielkie życie.
To kilka cytatów z jego wykładu, które szczególnie przypadły mi do serca.
Jeśli bym miał dać wam radę w 2 słowach to byłoby – mów prawdę. Jeślibym miał jeszcze dwa słowa więcej dodałbym – cały czas.
Rada Pauscha, która mnie ujęła jest dziecinnie prosta i dotyczy świecowych kredek. Zacznijcie je nosić z sobą w teczce, aktówce lub plecaku. Pomiędzy ważnymi biurowymi papierami, dokumentami od klienta, pracą domową przyniesioną do domu. Zapach kredek pomoże wam przywołać dzieciństwo i dziecięce marzenia, które gdzieś ciągle w was są. Obejrzyjcie ten wykład. To trochę więcej niż godzina. Ale może właśnie ta godzina zmieni Twoje życie. Na zawsze.
sobota, 16 stycznia 2010
Koniec świata jaki znamy czyli w stronę Engagement Index
W tym tygodniu odbyła się konferencja Facebooka w Polsce. Szeroko komentowana i nagłośniona na blogach i forach. Obrodziło filmem equalmena, który zawisł na większości stron zajmujących się socialmedia.
Było dużo ludzi. Było głośno. Z przytupem.
Najważniejsze stwierdzenie - jakie tam padło to to, że marka nie należy już do zarządzających marką.
Ale to tylko pretekst do tego wpisu, bo nie o tym będę pisać.
Rozmawaiłem chwilę z współtwórcą najelpszego polskiego casu na FB.
To teraz pewnie macie kupie roboty? – Co ty, wręcz przeciwnie – odpowiedział.
Wszysycy chcą zobaczyć słupki. Nie ma słupków, nie ma zleceń.
Ostatnio jakiś prezes powiedział nam nawet – iphony srajphony, fajesbuki srajsbuki. Ja w to nie wierze. Pokażcie mi efektywność.
Jakiś czas potem miałem też świetną konwersację z Michałem Kociankowskim o zmianach jakie zachodzą.
Rewolucja jaka zachodzi a którą tylko przyspieszyła eksplozja social media to jakościowa zmiana i nowa epoka w reklamie.
Pojęcie „wizerunek“, na które mam alergię należy już do poprzedniej epoki. Nowego jeszcze nie ma.
Powoli zaczyna dochodzić do nas, że mindset i pomiar efektywności działań przynależy jeszcze do starej obrazkowej epoki.
Bo jak przełożyć obrazkowe pomiary postrzegania, świadomości marki, wizerunku ze świata spotów w świat social media, osobistych doświadczeń, rekomendacji , dzielenia się i wspólnych interakcji z marką.
Jak tymi biernymi pojęciami oddać świat pełen autentyczności, wspólnych interakcji, dzielnia się?
Wielki koncept lat 80 i 90 w reklamie – osobowość i tożsamość marki powoli przestaje być wystarczający do oddania zawrotnie zmieniającej się rzeczywistości.
Już wiemy, że marka to wiązka wartości, pojęć, ideii. Już wiemy, że powinna oderwać się od produktu. Ok i co z tego? Teraz marka wchodzi w świat konsumenta, staje się częścią jego codzienności. Jedyny sposób, aby to osiągnąć to społęczna strona marki.
Po „wizerunkowej“ rewolucji jakiej nośnikiem był „spot“ czas na fizyczne i realne dotknięcie marki. Brand experience, kontekstowość, wspólne akcje, angażowanie się w działania na rzecz zmiany otoczenia. W to świetnie wpisuje się zmęcznenie logo i odrzucanie reklamy. Poszukiwanie autentyczności.
Nadszedł czas na „engagement index“. Zmierzenie poziomu w jaki marka jest zdolna do angażowania konsumenta, wciągnięcia go do wspólnej zabawy i działania.
Stare pytanie – w jaki sposób jest postrzegana nasza marka czas zastąpić pytaniem na ile nasza marka jest w stanie angażować konsumentów?
Zmierzenie poziomu w jaki marka jest w stanie zmieniać świat.
Ostatnie strony mojej książki zniszcz konwencje http://www.zniszczkonwencje.pl
sprzed trzech lat właśnie tego dotykały .
Wesołej drogi
Nie myśl o swoich klientach w kategorii zysku i straty. Wzbogacaj ich życie, tylko po to aby dostraczyć im radość. Zrób wszystko, aby umilić im podróż. Jeśli wniesiesz w nią nową wartość, która zmieni ich życie na lepsze, to i tak na tym zarobisz. Z przyjemnością do Ciebie wrócą. Niech Twoja marka będzie narzędziem, które pomoże klientom odkryć ich najlepszą część samych siebie. Wielkie marki to właśnie robią. Wpływają na świat i codzienne życie milionów ludzi. Zmieniają świat na lepsze miejsce do życia. Dla mnie. Dla Ciebie. Dla wszystkich.
niedziela, 10 stycznia 2010
Think Thank, Bielecki i kapitał społeczny
Kilka dni temu miasto sparaliżowało. Jechaliśmy samochodem z Woli do Śródmieścia ponad dwie godziny.
I pewnie wcale bym tego nie pisał, gdyby nie muzyka, która akurat leciała w samochodzie. Nie słyszałem tego od lat. Za oknem walił śnieg. Nigdzie żadnego pługa. Ślizgające się samochody. Totalny paraliż.
Niedawno podano też info, że po raz pierwszy od wielu lat na polskich drogach nikt nie zginął. Dlaczego? Czy zaczęliśmy jeżdzić bezpieczniejszymi samochodami? Mamy lepsze drogi? A może Polacy stali się lepszymi kierowcami?
Nie. To śnieg i noworoczne powroty do domów.
W numerze THINK TANKu wywiad z Bieleckim...i nie mogę się powstrzymać, aby go nie zacytować. Rzecz dotyczy oczywiście „kapitału społecznego“. Uwaga w roku wyborów prezydenckich to bardzo nośne pojęcie na strategię wyborczą! (już słyszę te przemówienia zatroskanych przyszłością kraju polityków).
Pan Bielecki mówi
„Dylematy rozwoju kapitału społecznego łączą się z rozwoje technologii. Jestem pod wrażeniem świata, który rozwija się się w internecie, rozkwitu platform społecznych i forów. Odpowiednio rozwijane, mogą radykalnie podnieść poziom kapitału społecznego, połączyć wysiłki i działania wiely jednostek. Pomagają tworzyć więzi w małych grupach, połączonych pasjami i zainteresowaniami. Sądzę też, że rozwój „społeczeństwa sieciowego“ wpłynie na zmianę postaw życiowych.“
Kapitał społeczny to nie tylko kwestia narzędzi. Od 20 lat mamy je o wiele lepsze. Szybsze. Nowocześniejsze. To nie kwestia tego, co trzyma się w ręce. Tylko tego co ma się w sercu i głowie.
W internecie (mimo przecież sieciowego narzędzia, które ma wspomagać wzrost kapitału społecznego), poziom agresji, frustracji i wyzwisk jest niespotykany. Rodacy walą w klawiaturę zamiast okładać się młotkiem, a profesor Czapliński co roku nad tym w swojej diagnozie ubolewa.
I przypomniało mi się to co zawsze powtarzał Profesor Wolniewicz – to, że małpa zeszła z drzewa i założyła jeansy, nie oznacza wcale, że przestała być małpą.
Ta piosenka jest uniwersalna. Czas stanął w miejscu. Praktycznie nic się nie zmieniło. Tylko rekwizyty.
poniedziałek, 4 stycznia 2010
Kostrzyn czyli polskie pompeje

Historia jest zaskakująca i niespodziewana. Myślałem już, że coraz mniej rzeczy jest w stanie mnie zaskoczyć, ale im jestem starszy tym bardziej znajduję w sobie dziecięcą zdolność do zdziwienia.
Sylwestrowa wyprawa na Pomorze. Nowy rok witamy w Różańsku zapomnianej przez Boga i ludzi wsi w okolicach Dębna. Dużo jeździmy po okolicy. Dębno, Myślibórz, Cedynia. Wiele kaplic templariuszy a potem joannitów. W Sobnicy ruiny zamku joanitów z 16 wieku wystawione na sprzedaż. W Chwarszczanach zwiedzamy wnętrze najstarszej kaplicy templariuszy w Polsce z 1232 roku.
Zero oznaczeń. W przewodnikach też mało wzmianek. Uważne jeżdzenie i zatrzymywanie się na gorąco przed miejscami, które wzbudzają zainteresowanie.
W każdej mijanej miejscowości pozostałości po pałacu i zabudowaniach folwarcznych. Ruiny. Bieda. I ta przejmująca beznadzieja. W porównaniu z tymi terenami Polska Wschodnia to kraj mlekiem i miodem płynący. Pola i przestrzeń prawie jak na Ukrainie. Wszędzie piękne lasy.
I Kostrzyn – który wprawił mnie w niekończące się zdumienie, w którym trwam do dzisiaj.
Dotąd żyłem w bolesnym przeświadczeniu, że to moje miasto - Warszawa, była najbardziej zniszczona podczas wojny. (no może jeszcze Budapeszt podczas szturmu Rosjan w 44).
Ale wizyta w Kostrzyniu mnie powaliła. Dosłownie. Ostatni dzień Starego Roku. Pełno świeżego śniegu. Poszukiwania Starego Miasta. Żadnego drogowskazu i strzałki. Napotkani ludzie nie bardzo wiedzą o co pytamy. Jak mówi Gosia – zwiedzanie Polski to sport ekstremalny. W końcu trafiamy pod skupisko stacji benzynowych i hoteli i w końcu znajdujemy dojazd do Starego Miasta, którego nie ma. Przy wejściu ostrzegające przed niebezpieczeństwem tablice.
W 1945 roku Kostrzyn stał się strategicznym punktem, broniącym drogi na Berlin. Gdyby Rosjanie go nie zdobyli, musieliby budować długie na 3 km mosty przez Odrę i rozlewiska Warty. Opóżniłoby to parcie na wschód i zdobywanie Berlina. Rosło też zagrożenie separatystycznym pokojem z aliantami i przegrupowaniem sił do obrony wschodu przed Rosjanami – co zalecali ostatni trzeźwi na pokładzie generałowie, jak np. Guderian.
Kostrzyn musiał się bronić. Kostrzyn trzeba było zdobyć. Na jego obrońcę wyznaczono kata powstania warszawskiego – Hansa Reinefharta. Miasto zamieniono w twierdzę. I miało się bronić na osobisty rozkaz Hitlera do ostatka, broniąc dostępu do Berlina.
Do stycznia 1945 roku Kostrzyn żył w miarę normalnie. Nie licząc napływu uchodźców ze Wschodu, których ostatnią nadzieją było dostanie się za Odrę. Odrę, która miała stanowić niezdobytą niemiecką linię obrony.
31 stycznia pod miastem stali już Rosjanie. Do 19 lutego udało się ewakuować ludność cywilną. Fort był de facto wyspą. Oddzieloną od lądu. Wszystkie dochodzące do twierdzy groble i mosty zostały umocnione oraz zaminowane. Przedpola twierdzy zaminowano do gęstości 1000 min na kilometr. Ale na niewiele to się zdało.
Rosjanie zrzucili na miasto 900 tysięcy bomb podczas 3.000 lotów bojowych. Byli tak samo bezkarni w powietrzu jak lotnicy Luftwaffe latem 44 w Warszawie. I sobie nie żałowali. Podobno z całego Starego Miasta ostał się tylko jeden cudem nie trafiony dom. Miasto uległo całkowitej zagładzie. Stare Miasto zostało zniszczone w 100%, dzielinica Kietz w 98%, Nowe Miasto w 92%. Kostrzyn piastuje niechlubną pierwszą pozycję w rankingu najbardziej zniszczonych miast w 2 wojnie św.
Dumne z 700 lat historii miasto przestało praktycznie istnieć po krótkim dwumiesięcznym oblężeniu.
W marcu było pewne, że dalsza obrona nie ma już sensu. Tuż przed kapitulacją fortu 30 marca Reinfhart przedarł się z 800 ludźmi prze pierścień oblężenia. Uratował się. Po wojnie, jak większość zwyczajnych Niemieców z faszystowską przeszłością był poważanym obywatelem, którego doświadczeniem nie można było pogardzić. Od 1951 roku był szanowanym burmistrzem miasta Westerland w RFN.
Dziś można się przejść po odgruzowanym znajdującym się w obrębie twierdzy, Starym Mieście. Przebieg ulic i wyobrażenie o tym, jak kiedyś wyglądało miasto dają tylko tabliczki z nazwami ulic po niemiecku i po polsku. Z całego miasta zostały tylko podmórówki. I tak spacerujemy po pokrytych śniegiem pozostałościach miasta. Wszędzie wokół wysokie tylko na 40 – 50 cm pozostałości po kamieniacach, kościołach, sklepach. Pusto. Cicho. Świeży nietknięty śnieg na placu turniejowym. I tylko nasze ślady.
W oddali jakieś odgłosy próbnych fajerwerków. A wszystko kiedyś, przed wojną wyglądało tak jak na pocztówce na górze. Kostrzyn we wszystkich opowieściach i realacjach był urokliwym miastem. Mieszkało tu 28 tysięcy ludzi.


